Półtora tygodnia temu przez nozdrza do mojego organizmu wtargnęła bakteria i zaczęła się rozmnażać. Pojawił się ból gardła, wyraźna wiadomość od bakterii: "jestem tu i jest mi dobrze, nie zamierzam stąd nigdzie sobie iść". Nadzieje na to, że jest to jedynie niewinny ból gardła, rozwiały się, kiedy z nosa skapnęła pierwsza kropla kataru. Trzymałam się dzielnie cały tydzień, choć czułam się koszmarnie, wszystkie kości i mięśnie mnie bolały, jak to podczas przeziębienia bywa, ale musiałam dać radę, bo sprawdzianów było full. Prawdopodobnie pozarażałam wiele ludzi, co jest wystarczającym dowodem na mój egoizm, ale dopięłam swego. Aby zadbać o swoje zdrowie i nie borykać się później z następstwami niewyleczonego przeziębienia, wybrałam się wczoraj do lekarza i dostałam wyrok skazujący na tydzień aresztu domowego. Dzisiaj mija drugi dzień tegoż. Czuję się jak prawdziwy więzień czterech niebieskich ścian mojego pokoju, nie mogę nic zrobić, nigdzie wyjść, nie mogę się nawet uczyć ani odrobić lekcji, bo ich nie mam. Całe osiem godzin spędziłam na czytaniu książki, bo co innego miałam robić? To wydaje mi się najbardziej pożyteczne z rzeczy mało pożytecznych (zważając na to, że książką był kryminał, a nie podręcznik). Fizycznie czuję się naprawdę dobrze, psychicznie już nie. Jestem strasznie samotna, nie mam do kogo buzi otworzyć, to okropnie mnie dobija. Zima też mnie dobija. Chciałabym, żeby nadeszła już wiosna i otworzyła serca wszystkich ludzi. Potrzebuję świeżego wiosennego powietrza i dużej ilości słońca, aby poczuć, że żyję. Mogłabym porzucić zimowe ubrania na rzecz letnich i nabrałabym więcej chęci do nauki (już i tak mam ich o dziwo sporo). Niestety muszę uzbroić się w cierpliwość i przeczekać tą przeklętą chorobę i zimę...