(nie)uczing
kwiecień 2012 / kwiecień 2013
Porównując zdjęcia z zeszłego roku i z bieżącego, widzę dość spore różnice. Nie chodzi mi tylko o to, że nie mam już tego wielkiego, starego telewizora, albo o to, że mam inną pościel, powieszone w inny sposób firany, inną fryzurę czy inny telefon, ale też o to, że na dworze zalega śnieg, jest ponuro i wszyscy chodzą z wczesnowiosenną chandrą, podczas gdy w zeszłym roku na początku kwietnia wiosna rozkwitła w pełnej krasie. Żeby się choć trochę rozruszać, słucham The Vaccines i myślę o wakacjach, chociaż w mojej głowie powinny raczej znajdować się nadchodzące szybkim krokiem egzaminy. Zaopatrzyłam się w milion książek do powtórek, które z moim zapałem pobieżnie przewertuję dzień przed testami. Jestem zła, że przez nawał pracy w szkole, nie mam przede wszystkim chęci, by sobie powtarzać wiadomości, bo albo siedzę wieczorem nad książkami i uczę się do północy, bo potem nic mi już do głowy nie wchodzi, albo jestem zbyt zmęczona, by zajmować się nauką, i wybieram książkę z herbatą. Oj tam, na razie napawam się dumą, że zaliczyłam w tym tygodniu wszystkie sprawdziany, a w przyszłym tygodniu poprawię jedynkę z historii i będę miała czystą karteluszkę. Nawet cieszę się, że w czwartek pani nie było, bo się tak nauczyłam, że rano miałam w głowie pustkę, co świadczy tylko o tym, że trzy i pół godziny to za mało jak na jeden temat. Nie lubię historii, bo nie potrafię się z niej uczyć. Nie umiem ułożyć logicznego schematu wszystkich informacji, ciężko jest mi spamiętać fakty i szczegółowe opisy zdarzeń... Dlatego gdy skończy się ostatnia lekcja historii w moim życiu, zacznę skakać pod niebiosa ze szczęścia. W takich chwilach nawet fizyka staje się przyjaźniejsza. Nadal myślę o wakacjach. Będą wspaniałe, idealne, wymarzone. Barcelona i ja. Miasto moich snów, odtworzone na kartach powieści Zafona i Falconesa, które pozwoliły mi się w nim zakochać. Nareszcie! Wiecie co? Potrzebuję jakiegoś większego regału, bo moje półki już się od dawna uginają pod naporem książek. Wciąż przybywają nowe, nie mam już gdzie ich kłaść! A niedługo będzie najprawdziwszy książkowy boom, ponieważ ostatnio widziałam przedpremierową sprzedaż "Pułapki dla martwego", trzydziestego ma wyjść kontynuacja "Lśnienia" Kinga (oczekuję porządnego czytadła na tysiąc stron lub więcej), a w czerwcu "Dwunastu" Cronina (ciągle zmieniają datę wydania i pewnie ta książka wyjdzie dopiero na jesieni...). Ostatnio na święta dostałam "Zabić Lincolna", stałam nad nią w zeszłym miesiącu w Empiku i patrzyłam na tę okładkę, zastanawiając się, czy jest warta przeczytania. Dzięki rodzicom będę mogła to zobaczyć. Kończę dzisiejszy post. Stwierdziłam, że to nieładnie tak zaniedbywać tego bloga, toteż poczułam się do obowiązku, by tutaj coś napisać. Kiedy nadejdą lepsze czasy, przybędę do was z czymś lepszym. A na razie musicie się zadowolić ochłapami (zastanawiam się, dlaczego to słowo kojarzy mi się z Harrym Potterem... i dlaczego na wzmiankę o Harrym chce mi się płakać).
